14 grudnia 2014

Rozdział 12

Heja kotki! Przepraszam, że kolejny raz zapomniałam o Was, ale zaczytałam się w pewien blog. Oczywiście mam nadzieję, że rozdział jakoś z lewej, może z prawej przyciągnie nowych czytelników :)

A teraz trochę o wycieczce do Niemiec :3 (Kto nie chce, niech leci do " *** " )

 Termin był 3-4.12.2014 r.

 Wyjazd był o 5 rano, więc to była katorga dla lenia jakim jestem :P Gdy było ciemno tętniłam życiem, a kiedy pojawiło się słońce chciało mi się spać... Tak wiem jetem dziwna :3 Droga minęła dość szybko, ale może dlatego, że było fajne towarzystwo. Nie zapomnę co zrobiliśmy na stacji :P Jak są takie maszyny (?), które przesuwają takie bramki (?) za kasę, wrzuciliśmy 2 zł i uchyliliśmy do połowy przez co 8 osób skorzystało za 2 zł xD. Po wygłupianiu się z kumpelą w autokarze, wreszcie dotarliśmy na miejsce. Było cholernie zimno, a zwiedzaliśmy Drezno przez około 5 godzin na dworze... Ech i to jeszcze w grudniu :/ Po oglądaniu jakiś tam zabytków (czy czegoś tam), mieliśmy 2 godziny wolne na jarmarku bożonarodzeniowym. Co prawda godzinę siedziałam z kumpelami w McDonaldzie, ale fajnie było :D I rzecz, która była dla mnie absurdem... Jechaliśmy do Drezna by pozwiedzać i coś zakupić, po czym wracać do Polski na noc... W hotelu się działo :D Pierwsza rzecz z jakiej się śmiałam to fakt, że miałyśmy pokój czteroosobowy, gdzie było łóżko małżeńskie i kanapa na dwie osoby, podczas gdy inni mieli oddzielne łóżka, ale ok. Cała wycieczka miała pokoju na drugim piętrze, a my i czterech chłopaków z naszej klasy na pierwszym... Ale takie pocieszenie, że oni mieli taki sam pokój jak my :D Najpierw podpierdzieliłam takie małe mydełko i szampon (zupełnie jak Gosia), potem rozwaliłyśmy otwieracz do butelek, który był w kluczyku, ponieważ chciałyśmy "dorwać" się do wody. Jakiś czas później poszłam z koleżanką z innej klasy do jej pokoju gdzie grali w butelkę... to było... ciekawe xD. Nauczyciel nas wygonił, bo cisza nocna. Opiekunowie mieli pokój na 2 piętrze, więc my przed drzwi i łapiemy wi-fi z recepcji :P Akurat mieliśmy pokój na samym końcu korytarza, gdzie nie świeciło światło... Chłopak z klasy mianowicie Bajorek się... hmm... opił. On wypił 3/4 butelki whisky :O Ale mniejsza :D Drugi dzień wycieczki był najgorszym oraz najfajniejszym :/ Najgorszym, ponieważ byliśmy na Tropical Island (gdzieś pod Berlinem), a ja miałam okres :( Co prawda miałam tampony, ale jakoś nie wygodnie :/ Ale na szczęście Paulina też miała i tak gadałyśmy przez 9 godzin. Teraz sobie wyobraźcie jak się czułam widząc piękny basen wzorowany na tropikach, a nie mogłam wejść do wody... W drodze powrotnej się zdrzemnęłam, a kiedy się obudziłam, zobaczyłam znajomych, którzy się "bawią" śpiącym znajomym xD Wróciłam o 2 w nocy w piątek... Spałam do 12 i nie poszłam do szkoły :D Dobra to tyle co Wam napiszę, ponieważ gdybym pisała wszystko ze szczegółami, zajęłoby to więcej, niż rozdział :P 

A teraz dalsze przygody Penelop i Ignisa! :)


***


     - Wstawaj, śpiąco królewno! 
     Dziewczynę z błogiego snu wyrwał nie głos Ignisa, lecz chłodny wiatr. Otwarła szybko swoje jasnoniebieskie oczy, w których widać było po uchyleniu powiek, pysk lisa. Drapieżnik polizał ją wesoło i szturchał. Nastolatka odepchnęła go i leniwie usiadła. Przeciągnęła się, po czym przeczesała swoje czarne jak noc włosy. Wstała lekko się chwiejąc. Otrzepała się i rozejrzała dookoła. Szczyt górski spowijała gęsta mgła, która zdawała się tańczyć, jak zagra jej wiatr. Nie widziała miasta w oddali, które wczoraj oblewały promienie zachodzącego słońca. Wytężała wzrok, by dostrzec towarzysza. Serce jej stanęło w gardle, gdy psowaty popchnął ją do tyłu. Raptownie się odwróciła, ale czworonoga już tam nie było. 
     - Taka poranna gimnastyka! - zaśmiał się psowaty. 
     Penelop chciała udusić lisa, za taką pobudkę (oczywiście w pozytywnym sensie). Drapieżnik wyłonił się z mlecznego gazu, a jego oczy wpatrywały się w anielice. Zamerdał lekko ogonem i po chwili jego głowa skierowała się w stronę miasta, które było delikatnie widoczne przez mgłę. Dziewczyna spojrzała się w stronę osady. Jej twarz zaznała kilku płatków śniegu. 
     Podniosła głowę i ujrzała śnieżynki, które tańczyły w ruch grymaśnego, górskie wiatru. Płatki zamrożonej wody, przybierały różne formy, na przykład: stado koni, które galopuje pośród drzew lub smoka szybującego między chmurami. Śnieg tak na prawdę tylko spadał, jak mu wiatr zagra, ale Lisica widziała różne zwierzęta, bądź miejsca. 
     - Musimy zejść ze szczytu i to jak najszybciej - oznajmił lis.
     - W sumie racja, też mi zimno.
     - Nie, nie o to chodzi - przekazał telepatycznie, ze znudzonym głosem, a jego ślepia dalej były utkwione w miasto.
     - Czyli nie interesuje cię moje zdrowie, tak? - spytała na głos anielica. 
     - Nie, znaczy tak, znaczy... mniejsza o to. Schodzimy, ale już. 
     Sierść zwierzęcia nie była już ruda, lecz  biała od padającego, zimnego puchu. Końcówka ogona towarzysza zapłonęła, żywym ogniem co ocieplało lisa i pozwalało brunetce dostrzec go. Ruszył dość szybkim tempem w stronę kamiennej ścieżki. Dziewczyna prawie biegła, starając się dotrzymać kroku. Patrząc się na płomień lisa, przypomniało się jej o skrzydłach. Nastolatka poczuła przyjemne ciepło, które przepłynęło przez jej ciało i w końcu zmaterializowało się pod postacią skrzydeł. Czarne pióra zapłonęły atramentowym ogniem. Płomień dziewczyny zaczął "gryźć" się z prawie zasklepioną raną na plecach. Na dodatek, zimy puch spadający z chmur, ograniczał jej widoczność. Nie mówiąc towarzyszowi o wypalaniu się rozciętej skóry, szła z miną, z której można wyczytać tyle co nic.
     Kamienna ścieżka pokryta była lodem, więc ostrożność powinna być maksymalna, tym bardziej że widoczność była ograniczona. Schodzili ze szczyty bardzo ostrożnie, lecz w miarę sprawnie, by nie zamarznąć. Penelop miała kilka razy serce w gardle, gdy się poślizgnęła. Po półgodzinnym wytężaniu wzroku za schronieniem, wreszcie znaleźli jaskinię i weszli do niej. 
     Grota była stosunkowo mała, jakoś wielkości klasy w szkole. Przy wejściu znajdował się niekompletny szkielet człowieka. Gdzieniegdzie na ścianach widniały śladu pazurów, należące na pewno nie do małego drapieżnika. Z długich stalaktytów spadały kropelki wody, formując małe kałuże. Nietoperze mieszkające tu, wlepiały swoje ślepia w lisa i dziewczynę. 
     - Poczekamy tu, aż śnieg nie przestanie padać - oznajmił Ignis.
     - Po pierwsze jest tu zimno, po drugie jest ciemno, a po trzecie... 
     - Ty masz ciepło od skrzydeł, ja od ogona... W czym problem? 
     - Eee... no.... no dobra, ale na przyszłość mi nie przerywaj! - oburzyła się Penelop. 
     Anielica dostrzegając cień towarzysza, przypomniała sobie o Wskrzeszeniu cienia. Skupiła się. Po około 2-3 minutach stworzyła z cieni bandaż, ciuchy codzienne oraz ubiór zimowy. Brunetka o dziwo nie czuła nic, ponieważ całą moc miała w swojej prywatnej, żyjącej "torbie" na magię - Ignisie. Ukryła skrzydła, a przyjemne ciepło zastąpiło lód. Usiadła obok stworzonych rzeczy i poczuła na swoim siedzeniu chłód. Popatrzyła na lisa i doszła do wniosku, że nie uśmiecha jej się, przebieranie w obecności kogoś, nawet jeśli tym kimś jest zwierzę.
     - Czy mógłbyś odwrócić się do mnie plecami? - spytała.
     - Nie jestem samcem z twojego gatunku. Nie rzucę się na ciebie, jak jakiś napaleniec, bo zobaczyłem bieliznę... Zmądrzej trochę - odpowiedział czworonóg ze znudzonym głosem. 
     Zmieniacz leżał zwinięty w kłębek i patrzył się na tańczący śnieg, nie zwracając uwagi na Lisice. Mimo wszystko anielica wzięła rzeczy i poszła za lisa. Szybciutko zmieniła ubrania, włącznie z bielizną. Zostawiła tylko całą górę odsłoniętą. Z trudem owinęła ranę bandażem i do tego nie całą. Założyła nową cześć garderoby jeszcze szybciej niż dół. Ujawniła swoje czarne skrzydła i ponownie fala ciepła ogarnęła jej ciało. Usiadła obok Ignisa i równie patrzyła się na płatki śniegu. 
     - Ten ryś mówił coś o Kariri czy jakoś tak... O co chodziło? - spytała nagle Penelopa. 
     - Kalisa, Martera mówiła o Kalisie.
     - Martera to ten ryś, tak? 
     - Owszem. Mówisz, że chcesz wiedzieć o co chodzi... Jesteś tego pewna?  
     - Tak, jestem na sto procent pewna. 
     - A więc... Pewne dwie przyjaciółki mieszkały w Ksoksonie. Obydwie posiadały moc, więc to była idealna okazja, by zdobyć przyjaciół tym bardziej, że byłem młodym liskiem. Podrapałem w drzwi do ich domu. Otwarła je Liskaret - moja wcześniejsza właścicielka przed tobą. Zaopiekowała się mną i powierzyła mi jej magię. W czasach młodości dokuczała mi Martera - zmieniacz  Rowmiel. Często nasze sprzeczki kończyły się na ranach po zębach czy pazurach. Będąc już dorosłym lisem bardzo zżyłem się z Liskaret.  Pewnego dnia, tak rozwścieczyłem Marterę, że w nocy zabiła moją przyjaciółkę. Ten samej nocy król nakazał zamordowanie właścicieli zmieniaczy, a samych powierników magi zabrać do pałacu i wyssać z nich moc. Widząc tą wredną kocicę na łańcuchu, doszedłem do wniosku, że czemu mam uratować jej właścicielkę skoro ona z zimną krwią zabiła moją? Uciekłem z miasta i pobiegłem do portalu na tej górze. Wskoczyłem w niego i pałętałem się po ziemiach Vantosa. Pewnego wieczoru trafiłem na ciebie. A dalej sama wiesz.... 
     - To smutne, ale mam pytanie... Co się stało z magią Liskaret? 
     - Jej moc... jej moc jest we mnie i dzięki temu twoje zaklęcia są potężniejsze. A teraz skończmy ten temat, nie jest to moja ukochana rzecz do rozmowy. Nie wiem, jak ty, ale ja idę spać. 
     Ignis zasnął opierając głowę na nodze dziewczyny. Penelop nie chciało się spać. Coś ją ciągnęło w głąb krainy, jakaś nieokreślona siła. 

1 grudnia 2014

Rozdział 11

Wykrztusiłam w końcu rozdział! :D Mam nadzieję, że się spodoba :) Co prawda nie jest jakoś masakrycznie długi, no ale dobre i tyle :) Nie zapomnijcie o drugim blogu :* Aaaaa i jeszcze jedno mianowicie, w dniach 3-4.12.2014 mam wycieczkę, więc może uderzy mnie fala tsunami niosąca ze sobą inspirację :)


***


     - Złaź na dół!
     Zdenerwowany głos w głowie Penelop, wyrwał ją ze swojego małego świata. Niechętnie otwarła oczy i wróciła do surowej rzeczywistości. Szybko  doszła do wniosku, że Ignis nie jest w nastroju do przekomarzania się. Szybko i zwinnie zeszła z korony drzewa na glebę, którą niedawno całował chłodny deszcz. Zmieniacz był wyraźnie poddenerwowany. Świadczyły o tym ślepia, które bezustannie zmieniały swój obiekt obserwowania. W końcu padło na dziewczynę, a ta wykorzystała chwilę. 
     - Stało się coś? 
     Gdy do lisa dotarło pytanie, spuścił wzrok. Po chwili odpowiedział chłodno krótkie "Nic". Nastolatka jako dziewczyna wiedziała, że "Nic" znaczy coś poważniejszego. Nie zadała kolejnego pytanie, które cisnęło się na usta. Krótkie "Nic" to tak naprawdę "Nie chcę o tym rozmawiać", więc jaki był sens pytania skoro odpowiedź będzie taka sama? Ignis nagle ni z gruszki, ni z pietruszki zaczął węszyć. Po minucie, może dwóch uniósł głowię i poszedł w stronę łuku stworzonego z drzew. Brunetka odprowadzała wzrokiem towarzysza z analizowaniem co się mogło stać. 
     - Idziesz?
     Ignis stanął, ale się nie odwrócił. Dziewczyna wyrwana z myśli, ruszyła w stronę lisa. Drapieżnik ciągle się rozglądał. Kilka razy potknął się przez nieuwagę, ale nie zawracał sobie tym zbytnio głowy. Psowaty niespodziewanie stanął, a dziewczyna mało co by się o niego nie potknęła. 
     - Wdrap się na drzewo - to nie brzmiało jak prośba, a raczej rozkaz. 
     - Ale...
     - Nie ma ale! 
     Dziewczyna z oburzeniem wdrapała się na drzewo. Ukryta w cieniu gałęzi oraz liści, obserwowała towarzysza. Kilkanaście sekund później, masywny ryś minął ją zaledwie o pół metra. Brunetka bała się nawet oddychać w obecności dzikiego kota. Zwinnie i cicho zszedł z masywnego drzewa i stanął przed psowatym. Dziewczyna zaczerpnęła powietrza i z zaciekawianiem przyglądała się sytuacji. 
    Kotowaty zaprezentował swoje długie, czerwone od świeżej krwi zęby. Uszy zmieniacza były skierowane na rysia, a oczy w niego utkwione. Kot zaczął krążyć wokół lisa, a ten obracał się pyskiem do cielska mięsożercy. Co jakiś czas nieuchwytne zwierze odbijało się od drzewa i rzucało się na Ignisa. Penelop za każdym razem miała serce w gardle, ale wiedziała, że jakakolwiek oznaka obecności zaprowadzi ją na pożegnanie się ze światem żywych. Wyglądało jakby ów drapieżcy przeprowadzali rozmowę. Lisica z trudnością skupiła się i "wplątała" w rozmowę. Nie odzywała się, ale słyszała wszystko. Lis stojąc prosto do Penelop popatrzył na nią. Dziewczynie nie potrzeba było wiele czasu na zrozumienie, że on już wie o wtargnięciu do rozmowy.
     - Pytam się ostatni raz! - nie był to głos Ignisa, ponieważ Ignis jest samcem. Wychodzi na to, że ten ryś jest samicą. 
     - Pytaj, pytaj. Kto pyta nie błądzi - lis odpowiedział drwiąco. 
     - Gdzie jest Kalisa?! - wściekła samica rysia, rzuciła się na psowatego, a ten błyskawicznie odskoczył w bok. 
     - Podobno to było ostanie pytanie... 
     - Nie zmieniaj tematu! - dziki kot zaatakował ponownie i ponownie lis uniknął kłów. 
     - Ja tylko uciekłem w dniu napadu. To ty byłaś jej zmieniaczem, nie ja.
     - Ale ja byłam na łańcuchu, a ty blisko niej. W obliczu niebezpieczeństwa skuliłeś ogon i uciekłeś, zostawiając ją na łaskę wrogów. 
     - Po co miałem ją chronić, ceną własnego życia, skoro ona prędzej czy później by zginęła. A co ci da zemsta? Moja śmierć nie przywróci jej życia. 
     - O... ona nie żyje!? - w oczach kotowatego zaiskrzył ogień.
     - Nie wiedziałaś? Ach, no tak zakryli ci oczy, pech. A tak swoją drogą przestań tak krążyć, bo niedobrze mi... 
     - Zabiję cię, ze szczególnym okrucieństwem! 
     Samica rysia rzuciła się na lisa nie patrząc przed czym stoi. Zmieniacz zgrabnie odskoczył, a kocica uderzyła w głaz, tracąc przytomność. 
     - Złaź i ulatniamy się stąd - spojrzał na Penelop ukrytą w liściach. 
     Dziewczyna z delikatnym lękiem zeszła i poszła za lisem, który szedł dalej w tym samym kierunku, jeszcze przed spotkaniem dzikiego kota. Szli bez słowa. 
     Zapadł zmierzch i związku z tym, nastolatce było coraz chłodniej. W półmroku dostrzegła masywny dąb, obrośnięty fioletowym mchem. Gdzieniegdzie był widoczne jakieś runy, które były jej obce. Lis uradowany zamerdał lekko ogonem i zaczął naciskać ów runy. Oczywiście w odpowiedniej kolejności. Runy zaświeciły złotym kolorem, a drzewo podniosło najbardziej potężny korzeń. 
     - Gotowe! 
     Lis potruchtał szybciutko do schodów, które skrywał korzeń. Dziewczyna zmieszana, zeszła schodami za Ignisem. Na samym ich końcu znajdowało się lustro. Podeszła do zwierciadła, ale nie zobaczyła siebie, lecz panoramę jakiegoś miejsca. Chciała dotknąć lustra, ale ręki jej znikła. Coś nasunęło jej myśl, by wejść w zwierciadło. Jak pomyślała, tak zrobiła. W ułamku sekundy, znalazła się na szczycie górskim, a obok niej stał towarzysz, który delektował się zimnym wiatrem. 
     Widok ze szczytu był piękny. W oddali widać było rwący potok górski, w towarzystwie pokaźnego miasta. Ów miejscowość obrastał las, co prawda nie tak gęsty jak puszcza, przez którą przedzierała się jakiś czas temu. Szczyt na którym znajdował się portal, należał do rozległego pasma górskiego. Przeteleportowała się akurat o zachodzie słońca. Niebo miało kolor krwi, a promienie ślicznie nadawały czerwony odcień potoku przepływającego przez miasto. Trawa na szczycie miała odcień złota o słońca. Na tą panoramę, Penelop mogła by patrzeć w nieskończoność. 
     - Pięknie prawda? 
     - Przepięknie - dziewczyna wesoło poprawiła lisa. 
     - To teraz do córki królowej... 
     - Do kogo? - spytała ze zdziwieniem.
     - Słyszałaś... Rozpalimy tu ognisko i wyruszymy o świcie. 
     - Skąd weźmiesz ogień? 
     Ignis wziął kilka leżących nieopodal gałęzi, ułożył jak do ogniska. Jego puszysty, rudy ogon zapłonął na końcu. Przyłożył to patyków, a kiedy się zapaliły zgasił ogień tak szybko jak go zapalił.  
     - Jeszcze coś? - spytał śmiejąc się. 
     Lisica z uśmiechem położyła się na trawie blisko ogniska, a przy niej towarzysz. Zasnęła dość szybko, ale psowatemu minęło więcej czasu. 

30 listopada 2014

Wróciłam do świata żywych!

Żyję, nie umarłam! Przepraszam Was za brak aktywności i w ogóle zostawienie bez słowa. Pierwszym czynnikiem braku postów, była wycieczka szkolna, drugim choroba czyli brak jakiegokolwiek myślenia, trzecim szlaban na tydzień na komputer xD, czwartym moja "kochana" wena twórcza. Gdyby można zabić myślami, to najprawdopodobniej leżałabym już kilkukrotnie martwa na podłodze, a podejrzanymi byliby wszyscy czytelnicy :P Tak nawiązując dlaczego nagle ni z gruszki ni z pietruszki zaczęłam pisać. Otóż, w piątek dostałam prezent urodzinowy (który powinien być dzisiaj, w końcu mam 30 listopada urodziny xD), a tym prezentem byłą książka i jakoś mnie tchnęło na pisanie. A czemu w piątek? Otóż 28 listopada siedziałam w domu, z gorączką i nie miałam co robić :/ Dalej mam gorączkę, ale doszłam do wniosku, że powinnam chociaż dać wam wyjaśnienia... A tak na marginesie, założyłam drugiego bloga: Smocza amazonka . Blog również jest w temacie fantasty. Jak macie czas lub chcecie zobaczyć kolejny zaczarowany świat, który wychodzi powoli z mojej głowy, to wpadnijcie :) 

Lotos śmierci + Smocza amazonka = Moja wyobraźnia eksploduje, a palce odpadną :P


Informuję, że rozdział na tym blogu będzie najprawdopodobniej jutro :)


11 listopada 2014

Rozdział 10

Coś czuję, że następny rozdział będzie za tydzień... jakieś takie dziwne przeczucie :/ Mniejsza zapraszam do czytania :)

***

          Lis czuwał nad swoją nową "właścicielką". Nasłuchiwał uważnie nocnych odgłosów panujących w puszczy. Jak co półgodziny wstał i potruchtał na północ, bowiem Penelop zasnęła nieopodal jamy niedźwiedzia. Zwinnie, szybko i ostrożnie poruszał się między korzeniami. Gruba, puszysta oraz gęsta sierść chroniła go przed kolcami niektórych krzaków. Puszcza nocą była równie piękna co niebezpieczna. Słupy światła rzucane przez gwiazdy, oświetlały gdzieniegdzie. Letni wiaterek niósł ze sobą nowe wiadomości, a echem roznosiła się słabo słyszalna muzyka nimf. Ignis cichutko wskoczył na kamień obrośnięty mchem i skrył się w miejscu, gdzie gwiazdy nie sięgały swoim światłem. Uważnie obserwował leże niedźwiedzia. Jedyne co zobaczył to ciemność i kilka kości w środku. Teraz zdał się na słuch i węch. Nie było śladu obecności masywnego drapieżnika, więc rudy psowaty powoli wycofywał się w stronę śpiącej nastolatki. Wracał okrężną drogą, ponieważ czuł czyjąś obecność. Natrafił na strumyczek, ale mimo pragnienia przeskoczył go, ponieważ wydawał się podejrzany. Skoczył w stertę ususzonych liści, które go pochłonęły. Stał po uszy w liściach. "Słyszałem tam coś!" - te słowa "wyłapał" jego słuch. Pozostał w bezruchu i czekał. Po kilku chwilach, niedaleko Ignisa stało trzech strażników Vantosa. Byli to wysocy mężczyźni, ubrani w lekkie zbroje i każdy z nich miał łuk. Piękny pozłacany łuk z jakimiś runami.
-Ta dziewczyna raczej już zginęła. Po co my ją szukany? - powiedział pierwszy zmęczonym, niskim głosem.
-W sumie to sam nie wiem. Rozkaz to rozkaz, a teraz odpocznijmy. Całą noc szliśmy, a teraz wstało słońce. Kto jeszcze jest zmęczony?  - spytał z lekkim uśmiechem drugi łucznik.
-Każdy. - stwierdził trzeci.
-Jeszcze zaczęło padać! - zdenerwował się pierwszy. Rzeczywiście zaczęło podać. Deszcz był letni, ale gęsty. Rozejrzeli się i wybrali duży głaz, pod rozłożystą koroną, nieopodal miejsca, w którym stał spanikowany lis. Już mieli usiąść, gdy psowaty nie wytrzymał i wyskoczył z kupki liści. Zwinnie przebiegł między mężczyznami i znikł w cieniu drzew. Strażnicy popatrzyli się na siebie i bez większego namysłu usiedli na gładzie. W trakcie biegu, Ignis wyczuł obecność niedźwiedzia. Jeszcze szybciej biegł w obawie o własne życie.

***

     Krople deszczu zagościły na twarzy śpiącej nastolatki. Otwarła leniwie swoje jasnoniebieskie oczy i starła kropelki ze swojej skóry. Wstała powoli, a pogoda rozpadała się na dobre. Przełknęła ślinę i poczuła lekko klujący ból na szyi. Przypomniał jej się tamten wieczór. Na samą myśl o kolejnym zamordowaniu chciało się jej płakać. Szybko zmieniła temat do myślenia.
     - Gdzie jest ten lis? Ty idiotko, to przecież dzikie zwierze nie zostanie z tobą. - powiedziała sama do siebie. Była głodna, zdołowana i zamyślona. Pewien dźwięk przywrócił ją na ziemię. Usłyszała ryk. Ryk charakterystyczny dla niedźwiedzia. Zza powalonego drzewa wybiegł ów drapieżnik. Penelop w panice nie wiedziała co robić. Uciekać czy czekać na cud. Wdrapać się na drzewo czy biec na oślep między drzewami. Ulewa ograniczała widoczność, więc nastolatka zdawała się bardziej na słuch niż na wzrok. Drapieżnik był coraz bliżej dziewczyny, gdy coś ugryzło go w tylną kończynę. Gwałtownie się odwrócił, by dostrzec źródło ataku. Kontem oka dostrzegł rudy ogon. Ignis wskoczył z trudem na grzbiet niedźwiedzia i ugryzł go w kark. Masywny drapieżnik złapał go za ogon i "rzucił" na korę drzewa. Zmierzał w jego kierunku by go najprawdopodobniej zabić. Penelop w przerażeniu wzięła duży kamień i rzuciła go w stronę niedźwiedzia. Trafiła, drapieżnik stanął. Lis szybko wstał i przebiegł kilka centymetrów od dziewczyny, a ta bez chwili namysłu pobiegła za nim.
     Ledwo dostrzegała Ignisa w ulewie. W oddali słyszała ryk drapieżnika, ale nieprzejmowana się nim. Nieraz upadła, ponieważ potykała się o korzenia drzew. Po kilku minutach zwolnił kroku i rozglądał się uważnie. Chwilę postał i potruchtał w stronę drzewa. Popatrzył się na dziewczynę i wszedł do nory. Nastolatka zmieszana poszła za nim i wczołgała się do środka. W niektórych miejscach wystawały korzenie drzewa. Jama była dość wysoka, aby nastolatka stała lekko zgarbiona. Na środku był rozpalony mały ogień, który dawał światło i ciepło. Ignis leżał liżąc sobie lewą łapę, ponieważ niedźwiedź drapnął ją swoim pazurem. Dziewczyna usiadła obok lisa i zaczęła go głaskać po głowie.
     - Dziękuję. - powiedziała Lisica parząc w tańczący ogień.
     - Nie ma sprawy. - dziewczyna usłyszała głos w swojej głowię.
     - Ty... ty gadasz?! - spytała z niedowierzaniem.
     - Nie tyle co gadam, a porozumiewam się telepatycznie. Ty też tak możesz wystarczy, że będziesz chciała. - odpowiedział znudzonym głosem lis.
     - Eee udało się? - dziewczyna nie wydała żadnego dźwięku, ale lis przytaknął.
     - Mogę być twoim zmieniaczem?
     - Kim? - spytała na głos.
     - Zmieniaczem. Nie wiesz kto to? - spytał zdziwiony Ignis. Nastolatka pokręciła przecząco głową i przybliżyła się do ogniska, by się wysuszyć. - Zmieniacz to zwierzę, które przechowuję twoją moc. Dajesz mi swoją magię i jest ci lżej. W sensie nie czujesz się taka przytłoczona. Nie mogę jej używać, ale ją w sobie noszę. Nie zabiorą ci magi, ponieważ muszą zabrać ją mnie.
     - Czyli taki jakby antywirus, tak?
     - Można tak to powiedzieć, ale jest jeszcze druga strona medalu.  Jak zginę to magia wraca do ciebie, ALE zadaje ci ból, aż znajdziesz kolejnego zmieniacza. To jest droga w jedną stronę. Do końca życia będziesz musiała mieć jakieś zmieniacze, by nie odczuwać bólu. Twój wybór.
     - Dobrze, będziesz moim zmieniaczem.
     - Zgadzasz się bez zastanowienia?
     - Ufam ci. Mogłeś zginąć, ale zaatakowałeś tą górę mięśni czyli niedźwiedzia. Nie znasz mnie, ale ryzykowałeś dla mnie.
     - Naprawdę tego chcesz? - dziewczyna pokiwała głową - Dobrze.
Lis wstał stanął naprzeciw dziewczyny, zamkną oczy, a jego sierść zaczęła lekko płonąć. Penelop czuła jakby siły witalne ją opuściły, by ponownie wrócić. Ignis przestał płonąć, a dziewczynie czuła dziwną lekkość. Lis położył się obok niej i zamknął oczy.
      - Dziwne uczucie takie... takie... nie da się tego opisać, ale czuję się inaczej. Ta z innej beczki jak ty masz na imię?
     - Ignis. Moje myśli przelałem w ciebie. Nasunąłem ci ta imię.
     - Nic ci nie jest w łapę? - spytała z troską.
     - Nic takiego, jutro będzie jak nowa. - lis chwilę milczał nasłuchując - Przestało padać.- oznajmił. Dziewczyna siedziała, patrząc się pusto w ogień. Ignis zasnął zostawiając nastolatkę samą.
     "Ooo, Penelopka ma zwierzątkoooo... jak uroczo. Tylko uważaj, by kolejne serce nie stanęło przez ciebie. Niedługo kolejne życie zniknie z tej krainy mianowicie twoje  jak tak będziesz ufała każdemu. Niby taka twarda, taka stanowcza, taka odważna, a godzinę temu chciała płakać, na myśl o zamordowaniu Terramy. A pamiętasz Vantosa? Jak go kochasz? Ale on ciebie nie kocha. Nie wysłał kogoś, by ciebie szukał. Ty naprawdę myślałaś, że on się tobą interesuje? Byłaś jego lalką, a on ciągnął za sznurki. Byłaś, jesteś i będziesz tylko narzędziem w czyiś rękach." 

     Jedna, tylko jedna gorzka łza poleciała Lisicy po policzku. Nienawidziła swojej podświadomości. Nienawidziła ją za tą, że mówiła prawdę. Bardzo bolesną prawdę. Dziewczyna cicho wyszła z nory, by nie obudzić lisa. Na zewnątrz było chłodno w przeciwieństwie do nory.  Powietrze było wilgotne. Z kłębkiem myśli wdrapała się na samą koronę drzewa. Na górze jej twarz zasmakowała chłodnego wiatru z południa. Oczy dostrzegły słońce zza chmur, a do jej uszu doleciał śpiew ptaków. Została sama ze sobą. Mogła pokrążyć się w marzeniach i oderwać od szarej rzeczywistości. 

10 listopada 2014

Rozdział 9

Przepraszam, że była taka długa przerwa, ale szkoła robi swoje. Miałam testy, kartkówki i musiałam się przygotować do poprawy. Ponadto moja wena powiedziała "Radź sobie sama, ja mam wolne.", więc doszłam do wniosku, że nie chcę pisać byle czego, tylko napiszę coś z czego będę zadowolona. A swoją drogą, podoba się nowy wygląd bloga? :)  Nieprzedłużająca, mam nadzieje, że się spodoba ten rozdział. :)

*** 

     Jedno uderzenie, drugie, trzecie i nic. Bordowy orzech, wielkości pięści, zrobił małe wgniecenia w korzeniu drzewa, a sam "wyszedł bez szwanku". Lisica coraz bardziej się denerwowała, ponieważ ów orzech był jedynym źródłem pożywienia w pobliżu. Uderzyła jeszcze raz o podstawę wielkiego dębu i usłyszała głos nad sobą.
     - Jak ty śmiesz?! Jak ty śmiesz zabierać temu majestatycznemu drzewu jego owoce?! - oburzyła się istota, ukryta w liściach. Jej głos wskazywał na to, że jest kobietą.
     - Przepraszam! Nie wiedziałam, że to drzewo ma swojego strażnika, a raczej strażniczkę. - powiedziała Penelop z lekkim zdenerwowaniem, patrząc się w soczyście zielone liście.
     - Strażniczkę TEGO drzewa? Jestem strażniczką tej części puszczy, a ty nie masz prawa niszczyć piękna tego miejsca.
     - Zerwałam jeden orzech. JEDEN. Jak to mogło zniszczyć wygląd tego miejsca?
     - Podam ci przykład. Jakie ma znaczenie jeden pokój w twoim domu? - odpowiedziała strażniczka z zaciekawionym głosem.
     - No dobrze, szczerze cię przepraszam. - dziewczyna odłożyła orzech na ziemię - A swoją drogą, dlaczego się chowasz?
Nastała chwila ciszy. Nastolatka za plecami usłyszała kroki. Odwróciła się i ujrzała ów Strażniczkę. 
     Była to wysoka, szczupła kobieta w sukni z mgły. Dosłownie z gęstej, ciemnozielonej mgły, otulającą jej ciało. Skórę miała bladą w brązowe plamki. Blond włosy ze szmaragdową pasemkom, uplecione miała w warkocz na boku. Oczy Strażniczki miały barwę morską zaś usta były czarne jak bezgwiezdna noc.
     - Co to za rana na twoich plecach? - spytała Strażniczka spokojnym głosem.
     - Sama nie wiem skąd ją mam.  Jak masz na imię? - spytała Penelop zmieniając temat.
     - Zwą mnie Terrama Kwiat Północy, a ciebie?
     - Penelop Barratier, miło mi panią poznać.
     - Ściemnia się. - stwierdziła Strażniczka - Choć za mną.
Nastolatka miała obawy, ponieważ nie znała tej istoty. Może chciała ją zabić lub torturować, a może jeszcze gorsze rzeczy.
     - Idziesz czy nie? - spytała zniecierpliwiona blondynka.
W końcu wszystkie złe scenariusze dziewczyny wyrzuciła z głowy i  poszła z lekkim lękiem za Terramą. Kobieta szybko i zgrabnie poruszała się między drzewami. Co innego można powiedzieć o Penelop. Potykała się, zahaczała włosami o gałęzie i z trudem dotrzymywała kroku Strażniczce. Z każdą chwilą światło słoneczne, pochłaniała ciemność.
     Po niecałym godzinnym marszu, niebo rozjaśniły gwiazdy, które było od czasu do czasu widać pomiędzy koronami drzew, a ich blask dawało słupy światła. Blondynka coraz bardziej znikała z pola widzenia nastolatki, aż po chwili znikła całkowicie. 

     Penelop usłyszała śmiech. Chłody i wredny śmiech.
     - Jaką ty jesteś naiwną istotą. - w mroku, Lisica dostrzegła dwa, świecące punkty. Po chwili znikły, a nastolatka upadła na twardy korzeń. Z rany na plecach sączyła się gorąca, lepka krew, lecz nie bordowa tylko czarna. Po kilku sekundach analizowania co się stało, jeden koniec liny oplótł się wokół szyi Lisicy, zaś drugi koniec trzymała Strażniczka stojąca za nią. Kobieta gwałtownie pociągnęła sznur, a nastolatka podniosła się na nogi. Lina znikła, ale w miejscu gdzie się oplotła leciała krew. Na twarzy nastolatki malował się ból, zmieszany ze złością.
     - To jeszcze nie koniec. - Usta Terramy ułożyły się w złośliwy uśmiech, zaś w jej oczach było widać żądze krwi. Penelop czuła jak płonie. Dosłownie płonie. W ręce Strażniczki pojawił się ogień, który nie palił ów kobietę, ale powiedzmy, że palił skórę Penelop, w końcu całą była w płomieniach. Dlaczego powiedzmy? Otóż skóra nastolatki była nietknięta, ale ból był jakby palili ją żywcem. Przez cały czas tortur nie wydała z siebie dźwięku. Żadnego krzyku, szlochania czy czegokolwiek innego - skupiała się. W końcu osiągnęła swój cel. W jej ręce pojawił się ostry jak brzytwa sztylet. Szybko wstała i z precyzją oraz szybkością poderżnęła gardło blondynce. Jej martwe ciało spłonęło w zielonych płomieniach, pozostawiając małą kupkę popiołu.
     Penelop usiadła na masywnym, obrośniętym mchem korzeniu, wyrzuciła sztylet i spojrzała na swoje ręce. Były całe we krwi. Krwi osoby, z którą nie dawno rozmawiała. Nie mogła uwierzyć w to co zrobiła. Zamordowała z zimną krwią, żyjącego człowieka. Szybko dostrzegła mały strumyczek, wstała i umyła w nim ręce. Ponownie usiadła, a jej podświadomość się odezwała.  

     "No co tam? Zadowolona z siebie? Zamordowałaś kogoś. Zabiłaś. Zabiłaś z taką lekkością, z taką gracją, z takim gniewem. Spójrz na swoje ręce. Jesteś do tego stworzona. Do zadawania bólu i cierpień. A wiesz czemu? Przez tą księgę, tą księgę w obcym języku jakim znają tylko istoty mroku, tą księgę w której był zaklęcia drobne po zabójcze, tą księgę przez którą izolowałaś się od świata. Pamiętasz zapewne jak byłaś mała i studiowałaś codziennie jej strony, jak nazywali cię dziwaczką i odludkiem, jak czarowałaś sobie małe smoki i poznawałaś ich zachowanie, anatomie oraz zdolności. Do póki nie poznałaś tej Karoliny. Odciągnęła cię od tej tajemniczej lektury. Zapomniałaś o tej książce. Przez tą głupią niemagiczną istotę, nie byłabyś w tej sytuacji. Nie spłonął by pałac Mrocznego Kosiarza, nie byłabyś taka naiwna, Terrama nie byłaby martwa..." 
     - Cicho bądź! - krzyknęła Penelop, ze łzami w oczach. Rana na plecach piekła ją niemiłosiernie, tak samo jak rana na szyi. 
     Po kilkunastu minutach płaczu, uspokoiła się i zaczęła się zastanawiać nad sensem słów swojej podświadomości. Rzeczywiście izolowała się od swoich rówieśników, ponieważ miała nos zawsze w tej książce. Nie lubiła się bawić lalkami czy chodzić w sukienkach. Była inna. Tajemnicza i zamknięta. Dusiła w sobie emocje jakie tylko miała jak była młodsza. Odkąd pamięta jej twarz mówiła tyle co nic,a wzrok zawsze był zimny i pusty. Dzięki tej grubej księdze wyczarowała sztylet, ponieważ ów lektura miała rożne zaklęcia nie wszystkie, ale większość. Prawda, która najbardziej ją bolała to ta, że rzeczywiście przez swoją najlepszą przyjaciółkę - Karolinę - schowała księgę  w swojej pamięci  w przegródce o nazwie: "Przez to inaczej patrzysz na świat." Z kamienną miną i pusty wzrokiem patrzyła na dwa, lisy bawiące się w oddali.
     Toczyła wojnę sama ze sobą. Wiedziała, że przez swoją najlepszą przyjaciółkę jest w tej sytuacji, ale wypierała się tego tak bardzo jak tylko mogła. Zamknęła oczy by się wyciszyć. Coś jej przerwało stan spokoju, mianowicie dwa lisy, które zaczęły ją wąchać. Gdy tylko otwarła oczy jeden uciekła, ale drugi został i się przyglądał z zaciekawieniem. Przybliżył nos i zaczął ją lizać. Lisica z lekkim uśmiechem odepchnęła psowatego, a ten położył się obok niej i czekał. Z lekkim wahaniem nastolatka pogłaskała go. Uśmiechnęła się gdy zobaczyła, że lis domaga się więcej głaskania.
     - Chcesz być mój? - zaśmiała się. Lis wstał, popatrzył na nią i zawył. Ze zdziwioną miną Penelop zaczęła wymyślać imię.
     - Będziesz miał na imię... hmm... Ignis.
Lis położył się na jej nogach i leżał. W końcu Lisica niewytrzymała i zasnęła, a na nogach miała swojego nowego, czworonożnego przyjaciela. 

24 października 2014

Rozdział 8

    Ciepło. Ciepło i duszący zapach palonego drewna obudził nastolatkę. Ledwo co otwarła swoje jasnoniebieskie oczy i dostrzegła swoją sypialnie w trawiący wszystko co popadnie ogniu. Bez chwili zwlekania "wyskoczyła" z łóżka i pobiegła w stronę masywnych drzwi, parząc sobie skórę. Otwarła je. Oczom Penelop ukazał się korytarz w płomieniach. Wszędzie dym, ogień i krzyki. Coś szarpnęło ją w tył i poczuła na swoich ramionach kujące szpony. Mózg dziewczyny nie zarejestrował jak i kiedy znalazła się poza murami bezpiecznego pałacu. Była cała obolała od oparzeń i przelecenia sporej odległości. Olbrzymi orzeł kilka sekund wcześniej, rzucił ją na kamienny most, więc trudno było się pozbierać po tak twardym lądowaniu. Z trudem wstała. Obróciła się i ujrzała piękny oraz majestatyczny pałac, niestety w płomieniach. 
     Głos. Ledwo co słyszalny. Uciekaj. Nie martw. W pałacu był szpieg królowej Mananapów. Nastąpił najazd. Szukaj kamienia i nie daj się zabić. - to właśnie usłyszała. Nie miała wątpliwości czyj to był głos. Posłuchała się go. Nie, nie przez strach czy posłuszeństwo o nie, nie, nie. Posłuchała się przez bezradność. Co miała zrobić? Wpaść i zostać stratowaną? Spłonąć żywcem? Ze łzami w oczach się obróciła i pobiegła w stronę zagajnika.
     Zahaczała włosami o gałęzie, kolce krzaków raniły jej już poparzoną skórę. Nie zważała na to. Po kilku minutowym "biegu przełajowym" zwolniła kroku do szybkiego marszu, rozglądając się. Za nią puszcza, przed nią puszcza, wszędzie puszcza! Można powiedzieć, że las żył własnym życiem. Panowała ciemność mimo faktu, że był już świt. Cienki słupy światła słonecznego, przebijały się miedzy gęstą koronę drzew prosto w mrok. Dodawały aurę tajemniczości temu dzikiemu miejscu. Gra światła była zdumiewająca. Śpiew. Lisica usłyszała chłodny śpiew niesiony przez wiatr. Iść? Nieee... lepiej nie. Kto wie kto lub jeszcze lepiej CO może to śpiewać. - powiedziała pod nosem. Nie zwalniając kroku, chodziła przez zagajnik niczym dziki kot - ostrożnie i cicho. Grube korzenie drzew od czasu do czasu zmieniły swoje położenie. Nie raz Penelop potknęła się o ich żyjącą podstawę. Nastolatce trudno było stwierdzić czy jest południe, wieczór albo dalej świt. Przez gęste korony drzew widziała tylko przebłyski światła dziennego. 
      Była wyczerpana całą tą nagłą sytuacją. Doskwierał jej głód i chłód w końcu była w tylko w piżamie. Z kilku ran leniwie leciała lepka krew. Wskrzeszenie cienia. Tak tego właśnie potrzebowała, w końcu wszędzie panował. Trudno było jej się skupić przez swoją sytuację. Po 5 minutach wreszcie stworzyła normalne ubrania. Bolały ją skronie, chociaż twarz miała kamienną. Stworzyła zwykły t-shirt, jeansy i do tego botki. Już się miała schylić po ubrania, gdy nagle poczuła przeszywający ból, który "położył" ją na kolana. Głęboka rana ciągnęła się przez całe plecy. Od lewej łopatki do prawego, ostatniego żebra. Gorąca, bordowa krew leciała strumieniami, ze świeżego rozcięcia skóry. Nastolatka była w bezruchu. Cierpliwie czekała, aż przestanie się sączyć krew. Nigdy nieczuła takiego bólu, a parzcież miała kiedyś złamany piszczel w dwóch miejscach. Łzy leciały bez pohamowania. Wiedziała, że jakikolwiek ruch sprawi jej ból, więc czekała i czekała w męczarniach. W środku wiła się z cierpienia i krzyczała. 
     Po pół godzinie zaczęła lekko ruszać ramionami. Całe plecy jej pulsowały, ale mogła już wykonywać zwykłe czynności. Ostrożnie założyła bluzkę, by nie uszkodzić rozciętego ciała. Pozostałą część garderoby założyła w miarę sprawnie. Światło gasło, a na jej miejsce wpełzała ciemność. Dostrzegła masywne drzewo, które miało gałęzie pozwalające wspiąć się wyżej, aż do korony. Ostrożnie wspinała się po konarach. Kilka razy serce miała w gardle, gdy jej stopa się zsunęła z gałęzi. Runęłaby z dużej wysokości najprawdopodobniej tracąc przytomność. Po kilku minutach była na szczycie. Jej twarz oblał chłodny, północny wiaterek, w uszach zagościł śpiew tutejszych ptaków, a wzrok dostrzegł słońce układające się ku horyzontowi, zanikając i pozwalając, by gwieździsta noc przejęła nieboskłon. Kilka minut karmiła oczy tym pięknym widokiem, aż spostrzegła, że na samym szczycie rosły owoce. Duże, niebieskie jabłka. Penelop widziała po raz pierwszy, by jabłko miało barwę niebieską, ale w tym świecie jest wszystko możliwe. Zerwała jedno i z obawą ugryzła. Słodki i ciepły sok pociekł jej po brodzie. Delektowała się tymi pysznymi owocami, aż wszystkie znikły z pola zasięgu jej rąk. Jak ja mam tą ranę? - myślała na głos - Może ten ptak mi rozciął plecy przez przypadek? Chociaż... nie... gdy biegłam nic mi nie było. Mniejsza. Co się stało to się nieodstanie. Lisica zeszła kilka gałęzi niżej, by wiatr nie wyziębił jej ciała podczas snu.
     Następnego dnia obudził ją miły dla ucha śpiew ptaków. Otwarła zmęczone oczy i ostrożnie zeszła z drzewa. Znaczy "zeszła" rozum jako runięcie na ziemie z połowy wysokości drzewa. Cała obolała ruszyła przed siebie w półmroku, niezwracająca uwagi na lekko i leniwie płynącą krew z pleców. Zahaczała włosami o gałęzie, ale nie była wściekła jak inne dziewczęta, które znała tylko obojętna. Czemu miała by się denerwować? Była w tak beznadziejnej sytuacji, że było jej to wszystko jedno. Chciało jej się płakać na samą myśl o tym, że:
a) ma głęboką ranę na plecach
b) była głodna
c) jedyny dom w tym świecie płonął
d) podpunkt a) b) i c)
Prawidłowa odpowiedź: d). Jej obecna sytuacja była zapłakana. Nie wiedziała gdzie iść, co zrobić i czego się spodziewać. Szła przez zagajnik z nadzieją na pomoc, lecz najbliższy okres czasu nie zapowiadał się kolorowo.

5 października 2014

Rozdział 7

     - CO DO... - wrzasnęła Penelop, gdy niebieskowłosa dziewczyna o smukłej twarzy, szarych oczach i czerwonych ustach, oblała ją wodą.
     - Hej! Spokojnie. Przysyła mnie władca. Mówił coś co tym, że wczoraj rozmawialiście i dzisiaj masz wstać o 7 rano czy jakoś tak.
Penelop wstała z łóżka i wykręciła włosy z wody.
     - Jesteś... o matko, ale ta woda zimna! Mniejsza, jesteś Karou, tak? - spytała brunetka, ociekająca wodą.
     - Zgadza się. Wczoraj na mnie wpadłaś i zdaje się, że pomyliłaś schody. - Karou powstrzymywała się od śmiechu na widok mokrej i zdenerwowanej nastolatki.
     - Moja pamięć nie jest najlepsza to fakt. Dlaczego oblałaś mnie wodą? - zapytała zbulwersowana.
     - Miałam cię obudzić, ale pomyślałam, że woda postawi cię od razu na równe nogi.
     - Aha... dzięki. - powiedziała lisica, która patrzyła na niebieskowłąsą spod byka.
     - Ubieraj się. Poczekam za drzwiami, no chyba że chcesz błądzić po pałacu. - uśmiechnęła szarooka. 

     Starsza dziewczyna wyszła za drzwi zostawiając Penelop samą. Brunetka przez kilka chwil stała jak wryta, analizując całą tą sytuacje. W końcu poszła na drugi koniec pokoju, by ubrać się w skórzany zestaw. Założenie tego stroju było jeszcze bardziej trudniejsze, ponieważ założyć coś skórzanego na mokrą skórę sprawiało trudności. Przy zakładaniu górnej części garderoby, straciła równowagę i wywróciła się na lodowatą, kamienną podłogę. Spodnie i buty założyła z trudem i niechęcią, siedząc na posadzce. Wstała, ułożyła gęste, grube i długie do połowy pleców włosy w artystyczny nieład. O dziwno woda wyschła dość szybko, więc ułożenie włosów nie było problemem. 
     Po ogarnięciu się, poszła pościelić jeszcze mokre łózko. Otwarła drzwi i poszła za szarooką. Tym razem poszły lewymi schodami. Przeszły przez drzwi i znalazły się w wieży, gdzie wczoraj miała miejsce ciekawa sytuacja między Penelop, a Vantosem. Lisicy wyszły lekkie rumieńce, gdy przypomniała sobie całe to zajście. Obydwie dziewczyny kierowały się w stronę drzwi obrośniętych bluszczem. Karou stanęła przed drzwiami i obróciła się na pięcie w stronę brunetki.
     - Jak skończysz lekcje, przejedziemy się nad wodospad, zgoda? - spytała.
     - Eee... no okej. Dzięki za szybki prysznic. - zaśmiała się lisica.
     Niebieskowłosa poszła do biblioteki, a Penelop przeszła przez masywne, obrośnięte bluszczem drzwi. Było dość chłodno. Pierwsze co zauważyła to różowe niebo od wschód słońca nad górami. Nie dostrzegła Pana podziemia przy fontannie, więc poszła zwiedzać błonie. Droga była kręta, przy której do pewnego momentu płyną strumyk. Czasem zauważała na drzewach dziwne wiewiórki, a jedną z nich widziała w swojej pierwszej wizycie na "ziemi". Droga, którą wybrała prowadziła do wielkiego, starego dębu z bardzo zieloną i rozłożystą koroną. Chciała podejść bliżej, by się przyjrzeć, ale usłyszała głos zza pleców.
     - Widzę, że Karou skutecznie cie obudziła. - głos należał oczywiście do Vantosa. Mówił spokojnie, ale z poranną chrypa, która dodawała mu powagi. Penelop odwróciła się na pięcie.
     - Taaak... lodowatą wodą. Po prostu świetna pobudka. Dlaczego nie mogła być bardziej no nie wiem... spokojniejsza?!
     - A obudziłabyś się od razu? - zaśmiał się Mroczny żniwiarz.
     - Może. Dalej ćwiczymy ten czar eee... yyy...
     - Wskrzeszenia cienia? Oczywiście. Rób to co wczoraj.
     Lisica niechętnie zamknęła oczy, ponieważ chciała patrzeć na Vantosa. Z trudem skupiła się na cieniu, a nie na wczorajszym zajściu w wieży, ale jakoś tego dokonała. Powoli formował się chomik, tyle że bez koloru sierści. Po kilku minutach starań, gryzoń nabierał powoli kolorów.
     - Dobrze. Spróbuj teraz go zmaterializować, by nic przez niego nie przechodziło. 

     Vantos stał obok niej i wyszeptał te słowo do jej ucha. Penelop zrobiło się ciepło w brzuchy, gdy usłyszała jego szept prosto do jej ucha. Teraz jej myśli spoczęły tylko i wyłącznie na Panu podziemia, otwarła oczy i zobaczyła przez ułamek sekundy swojego gryzowania. Przez to, że było jej zimno, spokojny i ciepły oddech Vantosa sprawił jej przyjemność. Szybko odwróciła twarz w jego stronę, a ich twarze było od siebie około 15 cm. Patrzyła się w jego ciemnobrązowe oczy, on w jej zielone.
     - Dlaczego się rozproszyłaś? - spytał spokojnie.
     - Eee... ja ten no eee... wystraszyłeś mnie. - chciała jakoś skłamać, ale zapomniała, że on potrafi rozpoznać kłamstwo.
     - Kłamiesz. - stwierdził - Powiedz prawdę, ponieważ nie znoszę osób fałszywych.
     - Po prostu jest mi zimno, w końcu mam w połowie odsłoniętą górną część ciała, a twój oddech jest ciepły i... i trudno to opisać.
     Mroczny żniwiarz popatrzył na nią podnosząc jedną brew.
     - Więc przenieśmy się do środka.
Odsunął się od lisicy i poszedł ścieżką prowadzącą do pałacu. Nastolatka dotrzymywała mu kroku, myśląc o jak najszybszym rozgrzaniu ciała. Otworzył drzwi i przepuścił nastolatkę pierwszą, a na to wyszły jej delikatne rumieńce. Wszedł za nią i skierował się w stronę biblioteki.
     - Dlaczego idziemy tam? - spytała z ciekawością.
     - Tam jest cicho i będziesz mogła się skupić. Proste, prawda?
     Weszli do biblioteki i lisicy ukazało się duże pomieszczenie z tysiącami książek, ksiąg i pergaminów. Na ścianach były zaczarowane obrazy np.: morze gdzie fale się ruszały albo tropikalny las gdzie co jakiś czas przelatywały ptaki. "Łaaał" - pomyślała. Ventos stanął przy stolikach, obrócił się w stronę dziewczyny, a jego twarz mówiła coś w stylu " I jak?". Dziewczyna stanęła przed nim i zamknęła oczy. Stworzenie chomika zajmowało jej już mniej czasu, ale zmaterializowanie go było dla niej trudne. Minęło około 2 minut zanim gryzoń zaczął się ruszać.
     - Brawo. Zmaterializowałaś go. Teraz go usuń.
     Lisica otwarła oczy i ku jej zdziwieniu po podłodze chodził mały, biały w brązowe ciapki chomik.
     - A jak? - spytała się z zaciekawieniem.
     - Tak samo jak go stworzyłaś, tylko że chcesz by go tu nie było.
Ta czynność trwała pół minuty. Gryzoń znikł. W tym momencie weszła Karou.
     - Nie przeszkadzam?
     - Nie właśnie skończyliśmy. - Mroczny żniwiarz odpowiedział krótko.
     - Dobrze wiedzieć. Penelop po lekcjach miałyśmy się przejechać czekam w stajni. - niebieskowłosa wyszła tak szybko jak szybko weszła.
     - Miłej jazdy. - zwrócił się do nastolatki.
     - Dziękuje. Jeśli mogę spytać, dlaczego wczoraj w wieży, nie ściągnąłeś ręce z moich bioder?
     - Gdybym zdjął odwróciłabyś wzrok, mam rację?
     - Tak - odpowiedziała zawstydzona i wyszła. Drogę do stajni pamiętała, więc trafiła tam szybko. Gdy weszła przez drzwi dostrzegła dwa osiodłane, masywne, białe konie.
     - Jesteś! Umiesz chociaż jeździć konno? - spytała się szarooka zza konia.
     - Tak umiem. To gdzie jedziemy?
     - Nad wodospad.
     Dziewczęta wsiadł na konie i pokłusowały nad wodospad. Nie wyglądało to daleko z wieży, ale jak droga trwała godzinę i do tego pod górę. 

     Gdy zajechały na miejsce, lisica nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wodospad był wysoki i szeroki. Rzeka do której spadał była rwąca, ale dość płytka około 1 m. Drzewa wkoło miały bardzo zielone liście i igły. Akurat było południe, więc woda mieniła się jak brokat. Po drugiej stronie rzeki dostrzegła stado saren, które pasło się na łące.  Widok był jak z bajki i do tego siedziała na masywnym, zadbanym, śnieżnobiałym koniu, a wiatr rozwiewał jej czarne włosy z ognistoczerownymi końcówkami.
     - Pięknie, prawda?
     - Baaardzoooo!
     Dziewczęta zeszły z koni i poszły nad brzeg rzeki. Widok obejmował pałac i bujną, naprawdę bujny puszczę, która rozlegała się do pasma górskiego. Dziewczyny siedziały na polanie jakoś 2-3 godziny, rozmawiając o bardzo różnych tematach, oglądając widoki i obserwując stado saren.